Byliśmy przekonani, że „Litania…” to taki niekoncertowy kawałek. Niby banger, ale przez polimetrię nawet nie wiadomo nawet się do tego bujać, na 2? na 3? Nie ma refrenu, ani historii, ani bohatera, zamiast tego bombarduje jakimiś teologicznymi kōan. I jeszcze to stężenie Chrystusów na minutę…
Tymczasem to piosenka na którą zawsze się cieszymy na koncertach i która publiczność przyjmuje wyjątkowo ciepło. Tak „Litania…” zabrzmiała na zeszłorocznej Stacji Bieszczady w Dom Kultury Zacisze